RELACJE I TEKSTY

Kłodzki Regiment Historyczny w Nysie (30.07.2006)

Godzina przed bitwą. Obóz żołnierzy w Forcie II w Nysie. Wokół namioty. Żar leje się z nieba. Wszędzie krzątający się żołnierze, towarzyszące im markietanki, zaciekawieni widzowie, którzy na własne oczy mogli zobaczyć XVIII-wieczny obóz żołnierski. Wiernie odtworzono realia żołnierskiego życia tamtej epoki: namioty wzorowane na tych sprzed 200 lat, sienniki wypchane słomą, paleniska z zawieszonymi nad nimi kociołkami do przygotowywania strawy, brak bieżącej wody. Przez trzy dni żołnierze, którzy przyjechali na rekonstrukcję bitwy o Nysę, żyli właśnie w takich warunkach. Prawdziwa szkoła przetrwania. Nic dziwnego, że czasem na twarzach można było zauważyć zmęczenie, tym bardziej, że pogoda nie ułatwiała im życia. Przez cały weekend temperatura nie spadała poniżej 30 stopni. To wszystko nie odstraszyło jednak biorących udział w bitwie.

Na rekonstrukcję przyjechało ok. 200 żołnierzy z różnych regimentów z Polski, Czech, Niemiec, Węgier. W boju o Nysę oczywiście nie mogło zabraknąć Brygady Pruskiej z naszym kłodzkim 47 Regimentem Piechoty - młodym stażem, ale już zaprawionym w bojach. Jako jeden z pierwszych regimentów pruskich w Polsce, miał kluczową rolę do odegrania - to głównie na Brygadzie Pruskiej opierała się obrona twierdzy (w zeszłym roku, jak podają organizatorzy, z braku pruskich wojsk, ich rolę odtwarzali Czesi). Widać więc, jak cenny wkład wniósł nasz regiment do rekonstrukcji XVIII-wiecznych wojen napoleońsko-pruskich.

Prusacy, Legia Polsko-Włoska, Austriacy, Francuzi - to główni aktorzy bitwy o Nysę, wzorowanej na tej, która rozegrała się w tym miejscu 199 lat temu. Na razie jeszcze na twarzach uśmiechy, rozmowy, pozowanie do zdjęć. Za chwilę jednak staną oni po przeciwnych stronach barykady i będą walczyć na śmierć i życie o Twierdzę Nyską. Wszystko już przygotowane, dowództwo udało się na ostatnią naradę przed bitwą. Mogę uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć, że w sztabie mieliśmy swojego szpiega, który zrobił zdjęcia planu bitwy. Ale nikomu ich nie ujawniliśmy, nawet naszym chłopcom z regimentu, którzy z pełnym oddaniem i poświęceniem mieli bronić twierdzy.


Bitwa. Po rozgromieniu dotychczas niezwyciężonej armii pruskiej pod Jeną i Auerstädtem w październiku 1806 r., wkroczeniu na Śląsk, szybkim zajęciu Głogowa, Wrocławia, Brzegu i Świdnicy, zimą 1807 roku wojska napoleońskie stanęły pod Nysą - jedną z największych twierdz pruskich. Intensywne bombardowanie artyleryjskie (na miasto spadło wtedy ponad 70 tys. pocisków), wyczerpanie się zapasów żywności, amunicji i lekarstw, zmusiło dowództwo twierdzy do podpisania kapitulacji w czerwcu 1807 r. i zakończenia czteromiesięcznego oblężenia Nysy. To właśnie te wydarzenia historyczne stały się tłem do rekonstrukcji bitwy o Twierdzę Nyską, a więc odtworzenia możliwego scenariusza wydarzeń.

Główna bitwa miała się rozegrać tuż pod murami twierdzy. Pole bitwy zostało dobrze przygotowane: umocnione stanowiska artyleryjskie po obu stronach, rozmieszczenie regimentów, rekwizyty. Tłum ludzi oczekujących na bitwę. W końcu wojska napoleońskie stanęły pod twierdzą, która miała powstrzymać ich zwycięski przemarsz przez Europę. Żeby uniknąć rozlewu krwi wysłali parlamentariusza do obrońców twierdzy z propozycją jej poddania. Negocjacje zakończyły się fiaskiem (dosłownie: został on pogoniony salwami artyleryjskimi z twierdzy), więc Legia Polsko-Włoska i Francuzi rozpoczęli bombardowanie artyleryjskie. Huk niesamowity, co bardziej wrażliwi musieli zatykać uszy. Prusacy nie pozostali dłużni. Rozległy się głośne salwy armat z twierdzy i z pola bitwy. I tutaj, z subiektywną nutą patriotyzmu lokalnego muszę dodać, że nasza kłodzka armata, po pierwszej nieudanej salwie, później grzmiała najgłośniej na polu bitwy. Tak jak i nasz dowódca (nie powiem, udał nam się).

Po rozpoznaniu terenu przez konnych zwiadowców, do ataku ruszyli najpierw strzelcy wyborowi. Kiedy już się wydawało, że bitwa zostanie rozstrzygnięta na niekorzyść obrońców twierdzy, sprytnym manewrem wojska pruskie (a więc nasi chłopcy) wydostały się z twierdzy i oskrzydlającym manewrem zaskoczyli oblegających. I od tego momentu zaczęło być naprawdę gorąco i to nie za sprawą żaru z nieba. Strzały z armat, karabinów, starcia wręcz, ranni, polegli i markietanki dzielnie wspomagające swoje regimenty opatrując rannych. To wszystko rozgrywało się na oczach ponad tysiąca widzów, którzy przybyli zobaczyć bitwę. Udało nam się znaleźć doskonałe miejsce do obserwowania zmagań żołnierzy. W pewnym momencie bitwa rozgrywała się w dosłownie metr przed nami. Efekt był niesamowity! Pod naporem liczebnym wojska pruskie musiały się jednak wycofać do twierdzy, gdzie rozegrała się najbardziej "krwawa" cześć bitwy. I tutaj niestety muszę trochę ponarzekać na organizatorów.

Pole bitwy oddalone było od twierdzy kilkadziesiąt metrów, na dodatek zasłonięte drzewami. Tak więc ten kulminacyjny punkt bitwy zobaczyło niewielu widzów. Spora ich część uznając, że to już koniec, po prostu rozeszła się. Więc albo jakieś niedociągnięcie w planie bitwy albo błąd prowadzącego, który nie poinformował widzów o rozstrzygającej bitwie u bram twierdzy. Staliśmy przekonani, że to już koniec i słyszeliśmy jedynie w oddali strzały. Dobrze, że nasz fotoreporter ma niezwykły dar pojawiania się w miejscach, gdzie coś się dzieje i udokumentował szturm na twierdzę. Ale niedosyt pozostał, no i pewne rozczarowanie, bo oglądać fotki a widzieć bitwę na własne oczy to jednak zupełnie coś innego.

Pozostając jeszcze przy narratorze bitwy… Oczywiście dwujęzyczny komentator to prawdziwy skarb, pytanie tylko, dlaczego lepiej mu wychodziło mówienie po czesku niż po polsku? To już pozostanie jedynie w sferze domysłów. Ale salwy śmiechu przebiegające przez tłum po kolejnych trudnościach z wysłowieniem się prowadzącego dawały dużo do myślenia.

Ogólnie jednak impreza udana, ale to zasługa głównie żołnierzy, którzy z pełnym poświęceniem i oddaniem sprawie walczyli w niemiłosiernym upale. I to w pełnym rynsztunku. Szczególne brawa dla naszego regimentu i całej Brygady Pruskiej, która miała chyba najwięcej pracy podczas bitwy: kilkakrotne manewry w polu, przegrupowania, salwy, walki wręcz.


Po bitwie. W tym miejscu muszę trochę ponarzekać na organizatorów. Po bitwie, nie wiadomo dlaczego, zamknięto bramę twierdzy przed widzami. Tłum ludzi pobudzonych bitwą, przed zamkniętymi bramami twierdzy…to był naprawdę imponujący widok. Ze strony widowni gdzieniegdzie słychać było zachęcające okrzyki: "Szturmujemy twierdzę!". Co więcej, od słów przeszli do czynów. Okazją do tego był powracający z pola bitwy oddział maruderów. Kiedy otworzono przed nimi bramę, nic nie było w stanie powstrzymać rozochoconego tłumu i ochrona musiała się poddać. Tak więc twierdzę w tym dniu zdobyto dwa razy.

Po "szturmie ludu" nie bardzo jednak było wiadomo, co robić. Niby miały być jeszcze pokazy, występy artystyczne, a tylko od czasu do czasu przygrywała muzyka zespołu, który raczej na pewno nie był na bitwie, za to spędził całe popołudnie w słońcu. Bo panowie grali jakoś sennie i nijako. A w naszych uszach brzmiały jeszcze werble bojowe. Kompletny niewypał. Brakowało informacji o planowanych jeszcze imprezach. Ludzie kręcili się po forcie, nie wiedząc na co czekać. Część regimentów już się pakowała i czym prędzej uciekała do domu, bądź innych (klimatyzowanych) miejsc. Więc i my nie czekaliśmy na część rozrywkową, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną. W końcu zobaczyliśmy to, po co przyjechaliśmy, prawda?

A jak już tak narzekam, to duży in minus dla obsługi gastronomicznej. Praktycznie funkcjonowała tylko jedna kawiarnia na twierdzy do której ustawiały się ogromne kolejki. Jeśli ktoś nie przyjechał z własnymi napojami, to czekała go naprawdę ciężka dola. Ale pomimo tych pojawiających się w pewnych momentach niedociągnięć organizacyjnych, wyjechaliśmy z Nysy z niezwykłymi przeżyciami. A za miesiąc bitwa u nas. Czekamy niecierpliwie!

Asia