|
|
|
|
|
|
|
|
Dziś jest 08 września 2010, imieniny Czcibora, Marii, Serafiny
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Aktualnie w galeriach
2970
zdjęć i grafik
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Od Autora
Urodziłem się w Kłodzku 31 lipca 1948 roku. Zaledwie 20 lat albo aż 20 lat przebywałem w Kłodzku, gdzie po zdaniu matury w Technikum Mechanicznym, zacząłem pracę w dawnym KFUT-cie, a potem po odbyciu trzech lat służby w Marynarce Wojennej na stałe zostałem już na nowej wybranej przez siebie ziemi, w Gdyni. Pomimo związania się z wielkim miastem portowym, często odwiedzałem Kłodzko, bo zostawiłem tam swoich Rodziców. Z Kłodzkiem zawsze byłem związany sercem i duchem.
Poezja zaczęła się dość dawno po studiach, (ale już w Gdyni), gdzie zaczęły powstawać pierwsze utwory o dzielnicach Gdyni, o nastrojach, o smutkach, pisane sobie ot tak do szuflady. Wena twórczości (ta na dobre) zaczęła się po śmierci Matki, którą na wieczny spoczynek zabrałem z Kłodzka na cmentarz oksywski. Ale można śmiało i twardo powiedzieć iż twórczość o Kłodzku powstała dzięki stronie internetowej Dawne Kłodzko. Zanim była ta strona to serfowałem sobie po stronach polskich, niemieckich, gdzie się dało, w poszukiwaniu nowości o Kłodzku.
I przyszło to oczekiwane rozjaśnienie umysłu, tęsknota i ciepło gdzieś koło serca. Na stare lata.
I myśli zaczęły krążyć a wiersze zaczęły same się układać.
To połączenie nićmi telepatii z miejscami ,gdzie są ślady jeszcze moich kroków, na ulicach Kłodzka spowodowało rozbudzenie tych komórek mózgowia, które spały. Praca społeczna oraz poświęcenie się muzyce chóralnej, pisanie twórcze monografii i innych pozycji, wyzwoliło chęć pisania.
Są wiersze o Gdyni, o ulicach Kłodzka i cały cykl rozwianych myśli, o życiu i nawet o życiu wiecznym. Pojawienie się i wczytanie się w tragedię księdza Andreasa Faulhabera spowodowało mocne natchnienie i niezwykłą szybkość napisania
całej epopei poświęconej Temu Księdzu.
To chyba tyle aż za dużo.
|
|
|
|
Wiersze ze zbioru "Kłodzkie wspomnienia"
Kłodzka Twierdza
Czy słyszysz to co ja?
Jak wiatr pomiędzy bastionami gra?
Stoimy sobie na widokowym kwadracie,
Patrzymy na Kłodzko, na jego połacie.
A w dole małe kłodzkie uliczki,
I wokół Rynku stare kamieniczki.
Tory kolejowe i pociągi jadące,
I auta pod górę Lutycką mknące.
Widzimy Nysę i jej delikatne zakola,
A daleko na widnokręgu góry i pola.
Wyciąga swą szyję wieża Ratusza,
Wysokość bastionu ją do tego zmusza.
Z góry widoczne są dachy czerwone,
Wieżyczkami i kominami często zakończone.
To kłodzkich kamieniczek miejskich zabudowa,
A pod samą twierdzą budowanych zupełnie od nowa.
W miejscu, gdzie kiedyś komendantury była kamienica,
Nowe kolorowe domy i ładnie wygląda teraz ulica.
I Ratusz zyskał na swym uroku,
W jego oknach piękne kwiaty zwisają z każdego boku.
Z góry widać nad Młynówką most kamienny stary,
Wsparty na z białek jajecznych zrobiony filary.
Za nim kościół z dwoma znanymi wieżami zaznaczany,
Dawniej klasztorem kłodzkich Minorytów zwany.
Na nim rzeźby barokowe stoją ozdobne,
Na wzór Mostu Karola w Pradze podobne.
Kłodzko może tym zabytkiem się poszczyć iście,
A most św. Jana winien być na UNESCO liście.
Ale nie tylko most ale i twierdzy kłodzkiej góra,
Winna być zapisana , toć to dawna pruska kultura.
I wiele innych kłodzkich zabytków starych dawno budowanych,
Choć z Unii Europejskiej na ratowanie będzie dofinansowanych.
Niech wie cała Europa , że jest miasto polskie, Śląska Dolnego,
Co powstało bardzo dawno i to przed 1000-ca laty do tego.
Że ma zabytki a turystów z całego świata do siebie zaprasza,
Że miasto Kłodzko co dzień pięknieje i to jest duma nasza!
Gdynia, marzec 2004
Kłodzka noc
Mrok zaczyna chodzić ulicami miasta,
Parasole przy Ratuszu zwinęły swe duże czasze.
Na wieży zegar swym młotkiem wystukuje miarowy rytm,
A wskazówki ciągle spieszą się jedna przez drugą.
Zapóźniony przechodzień cicho przemyka pod kamienicami,
Z "Ratuszowej" dochodzi piękna melodia walca.
Jest cicho.
Tylko słychać szmer liści gnanych porywami wiatru.
A znad Twierdzy spogląda ukradkiem na miasto biała twarz księżyca.
Lampy kołyszą się lekko znanym sobie wahaniem,
Zawieszone na ozdobnych żeliwnych wysokich pałąkach.
Koszyki z kwiatami cicho podrygują rytmicznie,
W takt mrugania długiej smugi światła.
Ktoś nerwowo szarpie szarą firanką w oknie kamienicy,
Wygląda niespokojnie co chwilę zza okna.
Spogląda raz po raz na wskazówki zegara ratuszowego,
Oczekując pewnie kogoś bliskiego.
Fontanna lekko bryzga cieniutkim strumykiem wody,
Która spływa powoli gdzieś w ciemną czeluść jej wnętrza.
Na rogu Wita Stwosza przy księgarni mały kotek,
Napina swój chudy grzbiecik na psa włóczęgę.
Bramy z czarnymi otworami swoich wnętrz,
Nawet nikogo nie zapraszają do wejścia.
Wystawy sklepów mrugają białymi neonami,
A manekiny stojące wewnątrz szerokim gestem,
Zapraszają niewidocznych klientów do środka.
Z mostu kamiennego słychać plusk płynącej cichej wody,
Co płynie sobie w ciemnym dole koryta Młynówki,
Obijając się delikatnie o mocne kamienne filary,
Głęboko zatopione w rzeczne podłoże.
Kamienne rzeźby świętych na Moście św. Jana,
W ciszy nocnego rozmyślania o Bogu,
Patrzą z boku na siebie zamkniętymi oczyma,
Starając się dać sobie nawzajem niewidzialne znaki.
Biała mgła powoli podnosi się znad powierzchni wody,
Osłaniając swym lepkim płaszczem kamienne figury mostu.
Tylko słabe lampy błyskają małymi ognikami we mgle,
Jak nikłe światło statków oczekujących na redzie portu.
Głęboka noc otuliła senne miasto.
Z dala słychać cichy turkot jadącego gdzieś pociągu.
Senne są też stare kamienice przy kościele,
Ziewające co chwilę otworami swych starych bram.
Cicho.
Tylko zegar z wieży Ratusza co godzinę daje znaki czasu,
Który przemija , przemija, przemija
Gdynia, marzec 2004
Wieża Ratuszowa
Wskazówki zegara miarowo się przesuwają,
Dla nich ważny jest czas, one go znają.
Wieża ratuszowa na miasto "spogląda",
Ludzi i zdarzeń spokojnie dogląda.
Ile lat tak długo sobie patrzyła,
Ile zdarzeń bolesnych tu zobaczyła.
Mija rok, mija wiek i minęło tysiąc lat,
I "duma" wieża sobie-dziwny jest ten świat.
Konno do Kladsko woje wjeżdżają,
I na Zamek Sławnika spieszno się udają.
Potem Fryderyk II Glatz szybko zdobywa,
A luteranów w mieście stale przybywa.
Maria Teresa Glatz koronie przywraca,
I na powrót luteranów na katolicyzm nawraca.
Długo mieszczanie Glatz "ist mein stadt" wołali,
I swoją ojczyznę "Heimatem" nazywali.
Długą to historią to miasto się szczyci,
W mieście Joannici, Franciszkanie i Jezuici,
Swą posługę duchową wiernie sprawowali,
I ofiarnie lud kłodzki w święta spowiadali.
Aż przyszło "nowe" na tę słowiańską starą ziemię,
Przyszło tu po wojnie znowu polskie plemię.
I tak od sześćdziesięciu lat już sobie panuje,
Stare odnawia i nowe tu buduje.
Wielkie osiedla w Kłodzku powstają,
I coraz młodsi kłodzczanie je zaludniają.
Kłodzko od każdej strony stale pięknieje,
Mimo, że dużo lat ma i stare ma dzieje.
Twierdza nadal nad miastem sobie góruje,
I spory obszar do tego zajmuje.
O Kłodzko , co Ty masz w sobie takiego,
Że, me myśli ciągle wracają do niego.
Choć dzieli mnie z sześćset kilometrów chyba,
Moje rodzinne miasto to Kłodzko-tak się Ono nazywa.
Gdynia, kwiecień 2004
Kościół Najświętszej Marii Panny
Z daleka już zaznacza swój gotycki zarys.
z dwiema niejednakowej wysokości wieżami.
Słońce oślepiające stara się zajrzeć,
poprzez gotyckie witraże do środka.
Tu zawsze kierują się kroki przybysza znad morza.
Ciemne wnętrze, nawet, gdy słońce mocno świeci.
Ręka kieruje się sama do kropielnicy,
powolnym ruchem z namaszczeniem znak krzyża na czole i piersi.
Wejście boczne i mała kruchta,
a w niej ten sam krucyfiks
oraz małe żelazne drzwi do wnętrza świątyni.
Te same ławki, ta sama posadzka.
Z boku ciemne, tajemnicą owiane konfesjonały,
co kiedyś przyjmowały grzeszne wyznania.
Przychodzą wspomnienia, gdy klęka się w środkowej nawie.
Kiedyś marmurowy dostojny arcybiskup,
trzymając złożone do modlitwy ręce z radością spoglądał,
na Matkę w głównym ołtarzu, której zawierzył kiedyś swe życie.
Z prawej strony ambona wsparta na głowie św. Pawła,
a u góry stożkowy baldachim i Duch Święty z rozpiętymi skrzydłami.
Modlitwa na klęczkach.
Niemymi ustami i zamkniętym wzrokiem na modlącego spoglądają figury świętych..
Boczne ołtarze czekają ciągle na okruch modlitwy.
Nie ma ludzi w takie gorące przedpołudnie.
Cicho, nawet trochę straszno w tej ogromnej świątyni.
Przymknięte oczy, usta poruszają się w cichej modlitwie.
Wspomnienia przypływają i zaraz światło jaśnieje w prezbiterium.
Cienki głosik wymawia razem z księdzem modlitwy po łacinie.
In Nomine Patris
Confiteor Deo omni potenti, Beate Marie Semper Virgini, Beate Michaeli Archangelo
Mały chłopiec w krótkiej komeżce z wielkim czerwonym kołnierzem,
klęczy przy wysokim kapłanie.
Msza święta. Organy grają kościelną melodię,
Serdeczna Matko opiekunko ludzi
Serdeczna Matka patrzy z góry, znad ołtarza,
trzymając złotego małego Jezuska na ręku.
Spogląda litościwym wzrokiem na niewielką liczbę wiernych.
W tak dużym kościele garstka ludzi na porannej Mszy św.,
ginie w ogromie gotyckiej budowli.
Oczy znowu otwarte, wspomnienia mijają i wraca rzeczywistość.
Bolą kolana od długiego klęczenia.
Zimna posadzka i trochę twarda.
Tylko marmurowy arcybiskup z lewej nawy patrzy prosto przed siebie.
Już nie może w prawo skręcić swej głowy ubranej w mitrę.
Ale i tak może patrzeć na twarz swej Boskiej Matki,
ubranej w koronę z Częstochowskiego obrazu.
Mocno trzyma pastorał , nigdy nie wypuszczając go z ręki.
Ile to wieków klęczy na marmurowej poduszce?
Już Go nie bolą stare marmurowe kolana?
Z ciemnego, chłodnego wnętrza świątyni,
z ciepłym sercem ogrzanym długą modlitwą,
wychodzi się na jasno oświetlony słońcem plac przykościelny.
Tu zwykły ruch jak co dnia, gwar turystów i śmiech dzieci.
Gdynia, styczeń 2004
|
|
|
|
Wiersze ze zbioru "Rozwiane myśli"
Kiedy Panie?
Czy pozwolisz o wielki mój Panie,
Aby moja noga tam kiedyś postanie.
Na ziemi co jest mą ojcowizną,
Piękną Kotliną, moją Ojczyzną.
Bo miejsce urodzenia,
Niezależnie od swego pochodzenia,
Może być swoją ojczyzną małą,
I rozpierać duszę mą całą.
Kiedy smutno mi Boże,
Wracam tam jak najskorzej,
Myślami, co biegną na nutach fali,
I serce się rwie tam i mocno wali,
Aby tam być, aby tam oddychać,
Patrzeć na te strony i płakać i wzdychać.
Chodzić myślami po brzegach rzeki,
Patrzeć na wodę przez zamknięte powieki.
Kiedy tam Panie,
Ma noga postanie?
Kiedy wejdę w świątyń twoje progi,
By chłonąć ziąb i ciemność, ja robak zbyt ubogi.
By patrzeć na jasność błyszczącą z ołtarza,
I za kapłanem powtarzać słowa z brewiarza.
Patrzeć na górne nad ołtarzem zwieńczenia,
I popadać w zadumę w ciszę ukojenia.
A tam patrzy Matka na syna niegodziwego,
Co był tam wiele razy za dnia powszedniego.
Co ranki i wieczory spędzał u Jej stopy,
Patrząc na posąg piękny ubrany we złoty.
Była uśmiechnięta na jego wejrzenie,
I miała spokojne oczy a w nich ukojenie.
O mało co ręką miała dać znaki,
Aby się dużo modlił modlitwy wszelaki.
Gdynia, lipiec 2004 r
Tęsknota
O Kłodzko, co Ty masz takiego w sobie,
Że na stare lata tak tęsknię po Tobie.
Trochę lat tylko u Ciebie żyłem,
I odwdzięczenia się Tobie jeszcze nie zasłużyłem.
Wyjechałem z mojego domu rodzinnego,
Bo wyjechać musiałem do życia całkiem innego.
Zacząłem na nowo żyć w regionie kraju innym,
I myślałem że zapomnę o Tym istnieniu rodzinnym.
Lecz ciągle wracałem, stale wracałem,
Bo zostawiłem Kogoś , kogo odwiedzić miałem.
Co tu na tym skrawku ziemi pozostał,
Co tu mieszkał, bo wyjścia nie miał i tu się ostał.
Dla życia tu dość jednak duszno mi było,
A jedno postanowienie to wszystko zmieniło.
I wyjechać stąd przez wojsko byłem przymuszony,
I nad polskie morze pod wiatr byłem rzucony.
A jednak ciężkie chwile przyszły na moją głowę,
Chwile bardzo smutne, na które nie byłe jeszcze gotowy.
W noc pozornie spokojną, serca bólu ciężkie doznanie,
A tam daleko drugie zmęczone serce miało konanie.
W środku roku przyszło to niespodziane,
I stało się to zupełnie nieoczekiwane.
Co zawsze daleko od siebie oddalałem,
A jednak mimo braku urlopu jechać musiałem.
Bo osoba bliska, co tu mieszkała,
Na oksywski cmentarz się przeprowadzała.
I opuściła na zawsze kłodzką kotlinę,
By mieć znowu blisko tu swą rodzinę.
Potem były kolejne z Kłodzkiem rozstanie,
I mieszkania domu rodzinnego sprzedanie.
Oraz zabranie drugiego z małżeństwa połowy,
Co do życia nad morzem nie był gotowy.
Przyzwyczaić się musiał z nowym otoczeniem,
Bo taki był krok z losu przeznaczeniem.
I tu na stare lata się z Kłodzkiem rozstać,
By na zawsze nad morzem już się ostać.
Gdynia, maj 2004
Widzenia
Kiedy jadę sobie rano do pracy,
Patrzę przez okno autobusu i czasu nie tracę.
Na ruch samochodowy pospiesznie rwący,
Pewnie do pracy ludzie zdążający.
I rozmyślam sobie o sprawach różnych,
Nawet o tych nieciekawych na co dzień, próżnych.
Kiedy troska w głowie się pałęta,
I nie ma wyjścia , mina na twarzy nie uśmiechnięta,
Myśli w głowie się wiją i przemijają,
Szare komórki się kręcą i zwijają.
Zaraz zaczyna boleć mnie głowa,
A myśli kłębią się znowu od nowa.
Po przeczytaniu pewnej strasznej opowieści,
Takiej co nawet w głowie się nie mieści.
Zacząłem rozmyślać o tej osobie,
Co żyła dość dawno w prusackiej dobie.
Myśli o niej się same nasuwały,
A obraz jej męki jasno się przedstawiały.
Nawet nie wiem kiedy to się stało,
Że powstał rapsod żałobny jakich jest mało.
Rapsod żałobny tej osobie poświęcony,
Z moich stron rodzinnych był ujawniony.
Zamknąwszy oczy obrazy się majaczyły,
Zacząłem widzieć te sceny jak się pojawiły.
Jak prowadzono na szafot skutego skazańca,
W szarym ubraniu duchownego pomazańca.
Kawałek jednak miałem jechania przed siebie,
Jasność w ciemny wieczór ukazała się w niebie.
Widziałem tę osobę w habit ubraną,
Z brewiarzem w rękach stułą związaną.
I myślałem sobie , za co spotkała cię ta kara,
Za co zostałeś skazany czy jakaś jest tego miara.
Że człowieka aż tak znienawidzić można,
I nawet jeśli to osoba jest bardzo pobożna.
Co tam na tym miejscu tam była z urodzenia,
Ze szlachetnego rodu mała pochodzenia.
O ludu mój ludu coś mi uczyniłeś,
Że tyle bólu zadałeś ,kiedyś ten lud przecież uczyłeś.
Ten lud co przychodził w świątyni progi,
Lud bardzo bogatych i rodzin ledwie ubogich.
Z kazalnicy spoglądałeś nieraz na głów mrowie,
A teraz patrzysz z szafotu na tego ludu pogłowie.
Co patrzy wzrokiem spode łba nieprzejrzystym,
Może ze wstydem w sercu zatwardziałym i nieczystym.
Czeka na rozkaz z góry już chyba wydany,
Rozkaz na piśmie spiesznie nagryzdany.
Co go napisał kat srogi zawzięty,
Dumnie rozparty w fotelu królewskim w pasy złote zapiętym.
Stoję jakby przed wielkim ekranem w górze rozciągniętym,
Stoję i patrzę razem z ludem zawziętym.
Mgliste mam oczy jakby nic niewidzące,
Wpatrzone w szafot pod zimowe wschodzące słońce.
Chcę krzyczeć, lecz głosu z krtani wydobyć nie mogę,
A zaraz słyszę dzwony bijące w kościołach na trwogę.
To zbliża się męki tego dnia grudniowego godzina,
Tłum fanatyków się rusza i grozić zaczyna.
Tłum faluje nie cierpiący opóźnienia odwłoki,
By zaraz zobaczyć na szafocie dyndające zwłoki.
Potem lud nasycony krwi męczeńskiej widokiem i czynem,
Pójdzie do swych domostw odpoczywać, pojąc się marnym winem .
O ludu mój ludu tu tłumnie zgromadzony,
Pójdzie w świat wiadomość na wsze strony.
O czynie twym bestialsko w końcu roku wykonanym,
Na bezbronnym człowieku przez judaszów wydany.
Co zupełnie bezpodstawnie oskarżali,
Przyczynili się zgubnie i śmierć mu tym wyrokiem zadali.
Jakże wyglądasz teraz ty miasto tak dumne,
Gdzie spocząć ma to ciało, w jakiej będzie trumnie.
Kiedy spokojnie spocznie po skończonym biegu,
I spocznie w ziemi świętej bo jest tylko tu na noclegu.
I spotkają się wtedy wszyscy na tym miejscu kaźni,
Jedni w aureolach a inni w wielkiej za swe czyny bojaźni.
Gdynia, lipiec 2004 r.
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|